Czy hodowla to opłacalny biznes?

Niedawno zostałam zaskoczona pytaniem (pisownia oryginalna): „Mam pytanko, czy jest popyt na te kotki? czy warto je hodować?”

Przyznam się, że początkowo nie bardzo wiedziałam jak odpowiedzieć. Bo przecież nie zostałam hodowcą, aby zarobić: kupiłam pierwszą kotkę Maine Coon, bo zachwycił mnie wygląd i temperament tej rasy, bo zapragnęłam, aby w moim domu przychodziły na świat takie „cuda”. Musiało upłynąć wiele czasu, bagaż moich doświadczeń sporo się powiększyć, bym wreszcie mogła powiedzieć: jestem hodowcą. A czy to się opłaca, czy warto „hodować te kotki”? Na to „pytanko” każdy musi sobie odpowiedzieć sam. I odpowiedź ewentualnie opublikować pod tekstem – przyznaję, że jestem tego bardzo ciekawa.

Zaczynamy

Rzeczą najważniejszą, podstawową, absolutnie niezbędną jest miłość do zwierząt. Wydaje się to oczywiste, ale warto i trzeba to powtarzać, gdyż bez niej można zostać co najwyżej producentem kociaków, szczeniaków lub innych zwierząt. Niestety, pseudohodowli, nastawionych wyłącznie na zarobek, a nie na rozwój rasy, jest coraz więcej. I nie ukrywam, że psują nam opinie, nam, czyli prawdziwym hodowcom…

Wracajmy jednak do tematu – jak już wspomniałam, hodowcą nie zostaje się od razu: najpierw jest fascynacja gatunkiem, a potem konkretną rasą. I podejmujemy decyzję, że będziemy hodowali nasze wymarzone koty. Do tego potrzebujemy jednak kotki, i to z określonymi cechami. Dlatego dobrze jest wybrać się na kilka wystaw i przyjrzeć się kotom medalowym. Medalowym, tzn. najbliższym wzorcowi rasy. Bo tylko po takich kotkach i kocurach możemy spodziewać się potomstwa dobrze rokującego dla naszej hodowli.

Wybraliśmy więc już kotkę lub jej przyszłych rodziców. Teraz dużo zależy od zasobności naszego portfela, gdyż kot hodowlany kosztuje. I to niemało: ceny wahają się od kilku do kilkunastu tysięcy złotych i zależą od kraju pochodzenia, hodowli oraz tytułów zdobytych przez rodziców. Odrębną kwestią są zapisy w umowie zakupu kota hodowlanego, ale o tym kiedy indziej…

Mamy naszą upragnioną kotkę

A więc podjęliśmy decyzję, wybraliśmy, mamy spisaną umowę i wreszcie nasza faworytka jest u nas w domu. Czy to znaczy, że już możemy podjąć próbę pokrycia naszej kotki? Nie do końca. Najpierw musimy wybrać klub (ja np. należę do Elitarnego Klubu Kota Rasowego – EKKR) i zostać jego członkiem. Ważne, aby klub należał do jednej z czterech międzynarodowych federacji zrzeszających narodowe stowarzyszenia hodowców (FIFe, CFA, TICA, WCF). Dlaczego? Bo tylko takie kluby prowadzą wielopokoleniowe księgi rodowodowe, a proces hodowlany jest regulowany wewnętrznymi przepisami. Wszystko po to, żeby zachować czystość rasy i dobrostan naszych zwierząt. 

Stowarzyszenia, które nie spełniają powyższych kryteriów nie są uznawane w Polsce i na świecie, a wystawiane przez nie „rodowody” są warte tyle, ile wydruk z drukarki. To są tylko „maszynki” do zarabiania pieniędzy, a o dobro zwierząt hodowlanych nikt się nie troszczy. 

No dobrze, formalności za nami, a nasza kotka osiągnęła wiek rozrodczy, czyli ma minimum 12 miesięcy. Przed kryciem powinniśmy ją odrobaczyć i przebadać, wykonać testy na FeLVFIVHCM oraz pobrać wymaz z pochwy. O szczepieniach nie wspominam, bo to oczywistość. Jeżeli wszystkie testy wypadną negatywnie i koteczka jest zdrowa, to możemy przymierzyć się do pierwszego krycia.

Wbrew pozorom nie jest to takie proste. Kotka musi być w rui, no i oczywiście musimy mieć kocurka, który ją pokryje. Najczęściej udajemy się na tzw. krycie zewnętrzne, czyli czeka nas podróż, często-gęsto zagraniczna. Koszt krycia w Polsce to ok. 2-3 tys. zł + koszty wyprawy. To jeszcze nie wszystko, gdyż krycie trwa kilka dni.

Zdarza się, że kotka nie ma rui. Wtedy są dwa wyjścia: możemy ją wycofać z hodowli, czyli wysterylizować i mieć fantastycznego kota „na kolanka”. Możemy też zdecydować się na kurację hormonalną, co oznacza, że koszty rosną. W przypadku niepowodzenia kuracji wydanych pieniędzy oczywiście nie odzyskamy.

Nasza kotka została pokryta

Nie oznacza to bynajmniej, że jest w ciąży. O tym, czy kotka została zapłodniona dowiemy się po ok. 20 dniach. Jak? Tutaj potrzebna jest wiedza i doświadczenie, dlatego warto pytać bardziej doświadczonych hodowców. Oczywiście ciążę można też potwierdzić u weterynarza, wykonując USG (do piątego tygodnia) lub RTG (powyżej piątego tygodnia). Jeśli kotka nie została zapłodniona, czeka nas kolejna wyprawa na krycie. 

Jeżeli jednak wszystko poszło dobrze, to mamy ok. 63 dni, bo tyle przeciętnie trwa ciąża u kotów. Przez ten czas musimy w szczególny sposób zadbać o naszą przyszłą kocią mamę. Przede wszystkim przestawiamy ją na najlepszej jakości karmy oraz czyste mięso. Warto przy tym pamiętać, że jeżeli mamy więcej kotów, one chętnie podłączą się pod lepsze jedzenie. A to w oczywisty sposób podnosi koszty utrzymania stada.

Poród

Założenie, że rozwiązanie nastąpi tak, jak u dzikich kotów – najczęściej w nocy, a my rano znajdziemy w kojcu od sześciu do 10 wspaniałych kociaków – jest błędne. Żaden szanujący się hodowca nie pozostawi kotki w czasie porodu samej. Czujność powinniśmy wzmóc już ok. 58 doby ciąży (liczymy od ostatniego dnia krycia). Dobrą praktyką jest kontrolowanie stanu kotki co ok. 2 godziny przez całą dobę. Dlatego budzik jest bliskim przyjacielem każdego hodowcy ;). Ci, którzy pracują na czas rozwiązania zazwyczaj biorą urlop.

Trzeba mieć świadomość, że nie wszystko może pójść bezproblemowo. Zdarzają się np. porody, które muszą zakończyć się cesarskim cięciem. Jest to oczywiście ostateczność, ale musimy być i na nią przygotowani, także finansowo. Jeżeli więc nie mamy doświadczenia, niezbędne jest umówienie się z weterynarzem, aby w tzw. terminie był w gotowości i to całodobowej. 

Jeżeli poród przebiegł prawidłowo i kotka podjęła opiekę nad kociętami, to mamy trochę oddechu. Jeżeli nie, to mamy przed sobą pięć tygodni ciężkiej walki o utrzymanie kociaków przy życiu. Wystarczy, że kotka nie ma pokarmu lub ma go niewystarczającą ilość, co wcale nie jest takie rzadkie. I wtedy musimy wejść w rolę kociej mamy…